0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

London’s Pride (beczka). Bogactwo chmielu – tyle można powiedzieć o tym piwie. W wersji beczkowej smakuje jakby łagodniej. Dużo mniejsze nagazowanie wcale nie przeszkadza, a wręcz jest zaletą. Aromatów estrowych i słodowych prawie w ogóle, ale to jakby nie przeszkadza. Fajne, konkretne, chmielowe piwo.

Flying Dutchman (beczka). Wit bier pod banderą latającego holendra. Białe to ono na pewno nie jest. Bliżej mu do pomarańczowego. Nasycone azotem, zachowuje się w szklance zupełnie jak Guiness. Piana drobnoziarnista, przyjemna, długo utrzymująca się. Aromat zupełnie odjechany. W pierwszym momencie w nos uderzają aromaty kwiatowe, później da się wyczuć kolendrę i pomarańczę. Goryczka wyważona, na samym końcu. Idealny trunek na upalne dni.

Newcastle Brown Ale (butelka). Pierwsza moja styczność z brown ale. Niestety na początek z butelki. Trzeba dodać, że w przezroczystej, dzięki czemu od razu można się zapoznać z kolorem. Po przelaniu do szklanicy tworzy się wątła piana, która jednak szybko opada. Pierwszy łyk … i miłe zaskoczenie. Delkiatny karmel, ale bez uderzającej mocno słodyczy. Dość wyważone połączenie słodowości i goryczki. Lekko wyczuwalne aromaty chmielowe, wzbogacające całokształt. Czym bliżej końca, tym słodowość bardziej dominująca, wręcz zaczyna trochę przeszkadzać. Wydaje mi się, że smakowało by kobietom gustującym w słodyczach. Tak czy inaczej ciekawa alternatywa dla wszelkiego rodzaju „owocowych” i słodzonych lagerów.

Sharp’s Doom Bar(beczka). Angielski bitter o smaku pierników. Bardzo lekko nagazowany o pięknej, utrzymującej się do końca pianie (jak oni to robią?). Goryczka umiarkowana, aromaty chmielowe znikome. Znakomite piwo podobne zupełnie do niczego.

Sharp’s Cornish Coaster (beczka). Kolejny bitter. Niby podobny do poprzednich, a jednak inny. Ciężko określić co go wyróżnia – trzeba po prostu spróbować. Powiem więcej – należy go koniecznie spróbować.

Sambrook’s Wandale Ale. Lekko mętne Ale, w którym wyczuć można pszeniczne posmaki. Bardzo aromatyczne z mocno goryczkową końcówką. Bogactwo wyspiarskiego chmielu, lekka kwaskowatość. Kolejny niespotykany dotąd smak.

Na koniec krótkie podsumowanie, pisane na chłodno, już po powrocie. Ze wszystkich piw, które wypiłem w Londynie, najbardziej w pamięci zapadły mi te wypite „z pompy” czyli tradycyjne brytyjskie bittery. Słabe nagazowanie i bogactwo smaków. Niby podobne do siebie, a jednak każdy inny. Każdy oferuje coś unikalnego, coś czego w piwie szukamy. Jeśli wybiorę się kolejny raz do Wielkiej Brytanii, to będę raczej omijać piwa butelkowe i te nagazowane sztucznie CO2, chociaż i one są warte spróbowania. To jednak, co wyróżnia ten kraj, to tradycyjne Real Ales i to ich trzeba koniecznie spróbować będąc na wyspach.