0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Tytuł może nieco na wyrost, bo udało mi się zwiedzić zaledwie jeden (z dwóch planowanych) browar w Londynie. W zasadzie, to przed wyjazdem wiedziałem tylko o dwóch. Dopiero w trakcie i po powrocie okazało się, że miasto jest pod tym względem bogatsze niż mi się pierwotnie wydawało. O największym londyńskim browarze słyszało pewnie wielu, bo jego piwa można kupić w wielu miejscach poza Wielką Brytanią, nawet w Polsce. I o nim właśnie będzie dzisiaj mowa. Przedstawiam państwu: Fuller’s Brewery, czyli ponad 160 lat tradycji z zachodniego Londynu.

Bezpośrednią inspiracją dla tego wypadu był artykuł Grzegorza Zwierzyny z wiosennego Piwowara. Grzesiek odwiedził browar przede mną i z detalami opisał dlaczego warto tam zajrzeć. Potwierdzam – naprawdę warto!

Wycieczka zaczyna się w przybrowarnej knajpie, gdzie można spróbować większości piw warzonych na miejscu. Co ciekawe młodzi lokalsi wybierają importowane eurolagery, a po piwa od Fuller’sa sięgają starsi panowie i … turyści. W zasadzie nie ma się co dziwić, wszak mamy kryzys i trzeba zwracać uwagę na ceny, a przecież jedno i drugie kopie tak samo 😉

W oczekiwaniu na przewodnika zamówiłem sezonowe Spring Sprinter nachmielone nowozelandzkim chmielem Nelson Sauvin. Nuda, ot takie mało wyraziste, ziemisto-trawiaste ale.

Tu od razu krótka dygresja dla wszystkich planujących odwiedziny u Fullers’a – warto zapisać się wcześniej. Mi udało się rzutem na taśmę, ale czasami zainteresowanie jest tak duże, że przewodnik nie zgadza się na zabranie dodatkowych osób.

Zwiedzanie trwa około godziny i odbywa się w małych grupach. Ma to uzasadnienie o tyle, że pomieszczenia i przejścia w browarze są ciasne. Całość mieści się w dość wiekowych zabudowaniach, choć ich wnętrza zawierają już całkiem współczesną aparaturę. No może z drobnymi wyjątkami. Ku uciesze miłośników historii przemysłu w browarze zachowano część starego wyposażenia, między innymi zabytkową kadź zacierną, oryginalny kocioł warzelny z 1823 roku (opalany węglem, obudowany cegłami dla mniejszych strat ciepła) i dość niespotykany, dwuczęściowy fermentor. Ten ostatni składa się z wysokiej drewnianej beczki (a raczej beeeki) i znajdującego się pod nią prostopadłościennego koryta. Dawniej pierwsze dni fermentacji odbywały się w beczce. Duża wysokość sprawiała, że w słupie piwa panowało większe ciśnienie, drożdże pracowały więc w większym stresie produkując estry tak pożądane przecież w wyspiarskich ale. Dalej fermentacja odbywała się już spokojniej, w zbiorniku położonym poniżej. Całość oczywiście otwarta. Dzisiaj cała ta magia odbywa się w zamkniętych, nowoczesnych tankofermentorach. Tak jest bezpieczniej i w zasadzie bez szkody dla smaku piwa.

Wracając do zwiedzania, to obejmuje ono w zasadzie cały browar i to się chwali. Widziałem kadzie zacierne, warzelne oraz wiekowe już śrutowniki, które ciągle dzielnie pełnią swoją rolę. Ogromne tankofermentory zmieściły się w całości w budynku, ale są upakowane tak ciasno, że ciężko między nimi lawirować. W magazynie surowców mogłem zerknąć jakiego chmielu się w browarze używa, a także co jest warzone aktualnie i co jest zaplanowane na najbliższe dni. Ciekawostką jest, że w browarze używa się tylko jednego rodzaju drożdży, a przecież rodzajów piwa warzy się tam kilkanaście. Fakt faktem, że wszystkie górnej fermentacji i wszystkie (z drobnymi odstępstwami) w stylu „wyspiarskim”.

Fotografować można wszystko, z wyjątkiem ludzi przy pracy. Takowych na szczęście nie było zbyt wielu, gdyż pora była już mocno popołudniowa. Fajnie, że Fuller’s nie ma tajemnic i co najważniejsze nie ma się czego wstydzić. Byłem świadkiem jak dba się o linie rozlewu. Po zakończonym dniu pracy wszystko było akurat skrupulatnie myte ciśnieniowo chemią o niezbyt przyjaznym zapachu, zapewne roztworem sody kaustycznej. Z ciekawostek dodam, że znaczna część piwa wędruje do beczek i to różnego rodzaju. Oprócz standardowych europejskich (różnych pojemności), spotykanych i u nas, widziałem pękate brytyjskie beczki do real ale oraz smukłe gładkie podobne do corneliusów (pepsi).

Zwiedzanie kończy się degustacją w przybrowarnianym muzeum. Oficjalnie spróbować można sześciu najpopularniejszych piw. W praktyce przewodnik był tak zaangażowany i hojny, że śmiało częstował także piwami specjalnymi z serii Past Masters (znakomity Double Stout) czy też długo leżakowanymi Vintage Ale (w tym przypadku rocznik 2009). Te dwa ostatnie piwa zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Past Masters Double Stout, to próba odtworzenia starej receptury, bodajże z XIX wieku. Próba pieczołowicie przygotowana, bo na jej potrzeby przygotowano specjalny słód. I co najważniejsze jakże udana. Chętnie spróbowałbym tego piwa raz jeszcze. Całkowicie głowę urwało mi jednak dopiero Vintage Ale. Coś niesamowitego i niespotykanego. Piwa z tej serii leżakują po kilka lat w drewnianych beczkach nabierając charakteru typowego dla sherry czy brandy. Zupełnie niepowtarzalne, wyjątkowe, wyśmienite. Podobno można je kupić wyłącznie w sklepie przy browarze. Warto do niego wstąpić tak czy inaczej, bo nie wszystkie piwa produkowane w browarze są szeroko dostępne na mieście. Poza piwami są oczywiście gadżety i spory wybór innych alkoholi (głównie wina).

Fuller’s to jeden z ciekawszych browarów w jakich byłem. Poszanowanie dla tradycji jest wręcz zadziwiające. Browar mieści się w starych murach, w których zachowano część zabytkowego wyposażenia. To na prawdę godne podziwu i warte powielania w krajowych browarach regionalnych, w których czasem zachowało się nieco zabytkowej aparatury, a czasem jest ona nadal w użytku.

To, czego nie udało się w Londynie zobaczyć

Meantime Brewery – browar „alternatywny” w dzielnicy Greenwitch. Niestety dni i godziny zwiedzania niezbyt elastyczne i nie udało się w nie wpasować. Szkoda, bo piwa ponadprzeciętne i wbrew pozorom trudno dostępne nawet w samym Londynie.

Camden Town Brewery – trochę przegapiłem ten rzemieślniczy browar na Camden, a można go zwiedzać w każdy czwartek, a jeśli nawet nie zwiedzać, to na pewno warto spróbować lokalnych piw w przybrowarnym barze.

The Kernel Brewery – mały browar rzemieślniczy, który w każdą sobotę serwuje piwo prosto z browaru.

… i pewnie jeszcze kilka innych, choć na zwiedzanie małych browarów rzemieślniczych trzeba się zapewne umawiać indywidualnie bezpośrednio z właścicielami, co niekoniecznie musi być łatwe.

To na tyle o Londynie. Mam nadzieję, że nieco was zaciekawiłem. Oczywiście miasto ma do zaoferowania także multum poza-piwnych atrakcji, którymi nie chciałem was tutaj zanudzać. Jeśli nie przerażają was wielkie metropolie i … kurs funta, to śmiało rezerwujcie bilet na tanie linie i ruszajcie do stolicy Wielkiej Brytanii.