Piwolog radzi ...

Masz problem? Idź do piwologa!

Beer Geek Madness 2

0.00 avg. rating (0% score) - 0 votes

Beer Geek Madness

Gdy ogłaszano pierwszą edycję tej imprezy, czułem że to może być coś wyjątkowego. I się nie myliłem. Pierwsze BGM, mimo drobnych organizacyjnych niedociągnięć, okazało się wielkim sukcesem. Nie mogło być zatem inaczej, by ten nowy wrocławski festiwal nie wpisał się na stałe do mojego piwnego grafika.

Przed wyjazdem nakreśliłem sobie plan, rozrysowałem taktykę niczym słynny piłkarski ekspert Antoni P. Na początek szybki atak na polskie piwne nowości. W rezerwie pozostał jedynie niejaki Doktor B, którego jakoś nie darzę wielkim zaufaniem. Następnie, jeśli kondycja pozwoli, próba polskich piw niespróbowanych. Na koniec zejście do obrony i rozdysponowanie wolnych żetonów pomiędzy importy zza wielkiej wody. Tyle planowania, a cały misterny plan … ale po kolei.

Beer Geek Madness

Rozpocząć postanowiłem od czegoś rześkiego, zatem na pierwszy rzut poszło Funky Cherry z Szału Piw. Kilka łyków od żony utwierdziło mnie w przekonaniu, że Szałowie mogli zawojować festiwal, gdyby to było ich piwem premierowym. Wyraźne wiśnie, nieprzesadzona kwaśność i wyjątkowy pestkowy finisz. Mega orzeźwiające, po prostu znakomite.
Nie gorzej zaprezentowały się Mgły Chwaliszewa, które serwowane były w sposób wyjątkowy, bo z mgłą nasyconą amerykańską Citrą. Ot alchemia! W aromcie na pierwszym planie wyraźny belgijski fenol, a dalej bogate nuty chmielowe, a jakże – amerykańskie. W smaku dość pełne, słodowe, karmelowe. Goryczka jak na IPA nieco wątła, przez co nie równoważy słodkości. Piwo choć w odczuciu intensywne i ciężkie, to nadal świetne i bardzo udane.

Lunatic od Kingpina ma w sobie to, co cenię sobie w niekoszernych witbierach – rześką cytrusową nutę i wyraźną kwaskowość w smaku. Do tego nuta przypalonej skórki dodaje złożoności i tylko delikatna siarka w aromacie psuje nieco zajebistość tego piwa. Aha, granata nie stwierdzono, ale nic to. Jest to bardzo ciekawa propozycja na cieplejsze wiosenne dni.

Albedo (Piwoteka) w porównaniu z witem Kingpina wypada trochę blado. Aromat, mimo delikatnej siarki, może się nawet podobać. W smaku piwo jest niestety mdłe i nieco puste. Jednym słowem nuda, w szczególności w zderzeniu z tym, co obiecuje opis tego piwa.

Dużo lepiej zaprezentował się drugi kamień milowy – Citrinitas z Browaru Kraftwerk. Okazało się, że to co na pierwszy rzut oka niemożliwe, może się jednak udać. Połączenie intensywnej szynkowej wędzonki i wyważonej pikantnej nuty chili (w smaku i aromacie) na bazie amerykańsko chmielonego IPA dało w efekcie piwo intrygujące, aromatyczne i po prostu smakowite. Szalony pomysł i jeszcze lepsze wykonanie. Brawo panowie! Dla mnie to jedno z topowych piw BGM2 i małym rozczarowaniem jest fakt, że nie znalazło się dla niego miejsce na podium.

Znów kamień milowy od Masona, czyli Rubedo – Pine Smoked Altbier – obniżył nieco loty całej czwórki. Nie wiem czy w aromacie miała być sosnowa wędzoność czy wędzoność i sosna, niemniej zarówno jednego jak i drugiego trudno się było doszukać. Możliwe, że to przez zmęczenie zmysłów, natomiast nie przeszkodziło ono wyłapać maślanego sznytu. W smaku także rozczarowujące, puste, i dopiero po mocnym ogrzaniu uwydatniające cechy alta, czyli opiekaną słodowość. Blado wypadło na tle innych.

Moją ocenę całej czwórki uratował ostatni kamień filozoficzny, czyli Nigredo z Browaru Stu Mostów. Piwo niesprawiedliwie oceniane przez współtowarzyszy jako nudne i mało wyraziste, okazało się znakomitym gładkim czekoladowym stoutem z wyważoną, aczkolwiek dobrze wyczuwalną, nutą mięty. Inspiracją do jego powstania zapewne miętowe czekoladki i moim zdaniem świetnie udało się odzwierciedlić ich smak w piwie. Być może szaleństwa nie było tutaj zbyt wiele, za to efekt końcowy w postaci trunku doskonale zbalansowanego zasługuje na najwyższe pochwały.

System totalnie rozwaliło mi X z Widawy, czyli AIPA leżakowane w beczkach po Jacku Danielsie, a do tego nagazowane azotem. Zwyżkową formę Wojtka było czuć od jakiegoś czasu, ale to co zaprezentował na BGM, to po prostu majstersztyk. Piwo gładkie, z bardzo intensywnym wpływem beczki – wanilina i kokos aż z niego kipiały. Jeśli do tego dodamy świeżość amerykańskich chmieli oraz doskonały balans i pijalność, to mamy po prostu … coś bajecznego. Zasłużyło na Beer Geek Choice bez dwóch zdań. Ja sam zagłosowałem na nie zdecydowaną większością zdobytych kapsli (głosów).

Bardzo dobrze wypadł także Birbant ze swoim kwaśnym RISem – Wild Wild East. Potężny bazowy Imperial Stout po wyraźnym zakwaszeniu okazał się piwem zadziwiająco lekkim w odbiorze, rześkim wręcz i baaaaardzo zdradliwym. Wyjątkowe piwo, które znalazło się w moim Top 5 festiwalu.

Pracownia Piwa podczas ostatniej edycji wygrała piwem określanym przez wielu jako mało wyraziste i mało szalone. Tym razem pojechali całkowicie po bandzie. Ich Magic Dragon (Herbal Dark Saison) aż kipiał od aromatu. Mięta, szałwia, leśne owoce, a wszystko bardzo intensywne, wręcz perfumowane. Piwo budziło skrajne emocje – od zachwytów, po porównania z kroplami żołądkowymi (które przecież też można lubić). Na mnie zrobiło bardzo dobre wrażenie.

Falstartem okazał się premierowy Alchemik od dopiero co uruchomionego Browaru Profesja. Miało być dziko i amerykańsko, ale nie wyszło. Coś musiało pójść nie tak podczas fermentacji, bo piwo było zdominowane przez alkohol, wręcz gryzące i kręcące w nosie. Nic przyjemnego, niemniej daję chłopakom z Profesji mandat zaufania. Mam nadzieję, że z warki na warkę będzie tylko lepiej.

Wobec pintowego TakaHaka oczekiwania były ogromne. Składniki do niego Ziemek, Grzesiek i Marek przytargali z samiutkich antypodów. Miał być świeżutki nowozelandzki chmiel, owoce egzotyczne i czekolada, a nawet woda z lodowca. Wszyscy oczekiwali zatem aromatycznej bomby. Do tego najdłuższa nazwa na festiwalu – Double Chocolate Orange&Exotic New Zealand Haka Black IPA. Bogata otoczka niestety nie przełożyła się na efekt końcowy, który okazał się delikatnie mówiąc … bez wyrazu. Aromat słabiutki, a do tego czuć w nim było wyraźnie nuty siarkowe. Gdzieś za tym znalazłem czekoladę, jakieś owoce, ale wszystko jakieś takie … nijakie. Rozdmuchana do granic możliwości bańka pękła zatem dość szybko, a pozostał niedosyt i lekki niesmak.

W mojej ocenie miano najgorszego piwa festiwalu powędrowało jednak do kogoś innego. Doctor Brew już wcześniej darzyłem ograniczonym zaufaniem, a Saxy Berry utwierdziło mnie w przekonaniu, że za jego sterami stoją ludzie, którzy lepiej znają się na marketingu niż na warzeniu piwa. Kiszona kapusta i DMS mogą się sprawdzić w domowym kapuśniaku, w piwie tego raczej nie szukamy. Bezczelnym jest sprzedaż piwa ewidetnie trafionego, więc nawet ładna jak zawsze otoczka nie ratuje sytuacji. Wykreślam piwa od doktorów z kręgu moich zainteresowań. W czasach klęski urodzaju jest na szczęście z czego wybierać.

Reasumując – piwa były zróżnicowane – zarówno jeśli chodzi o kunszt wykonania, jak i o sam pomysł i „szaloność”. Trzy, może cztery najlepsze to moim zdaniem klasa światowa. Także biegusiem polecam szukać w sklepach lub multitapach, jeśli w ogóle się pojawią. Kilka piw średnich, czasem z drobnymi wadami technicznymi, ale i tak brawo za podjęcie rękawicy i przygotowanie ich specjalnie na tą okazję. No i jedno, które w ogóle nie powinno się pojawić.

Ameryki nie dane mi było spróbować. Taktyka tym razem zawiodła i przegrałem w wyścigu ze spragnionym tłumem. Załapałem się jedynie na Lil’B, to jest Imperial Porter z Evil Twin. Niezły, ale dupa pozostała na swoim miejscu, znaczy się niczego nie urwał.

Jeśli chodzi o otoczkę i sprawy organizacyjnie, to było duuuuużo lepiej i ciekawiej niż w pierwszej edycji. Po pierwsze udostępniono dużo więcej miejsca (choć i tak okazało się za mało). Po drugie oprawa muzyczna była w końcu adekwatna do wydarzenia. W miejsce przypadkowej łupany zapodawanej przez niemrawego DJa pojawili się żywi muzycy. Muza zróżnicowana i ciekawa, szkoda, że wszystko działo się tak szybko, bo na niektórych koncertach miałem ochotę zostać dłużej.

Oprócz tego było dużo wydarzeń i podmiotów towarzyszących. Były wykłady i degustacje, były motóry, był golibroda, tatuażyści, kosmetyki na bazie piwa i nawet klocki Lego były. Szkoda tylko, że czasu na to wszystko było tak mało.

Beer Geek Madness

Żarcie? Cóż, napchałem się wcześniej, więc było poza kręgiem moich zainteresowań. Może i lepiej, bo słyszałem raczej niepochlebne opinie. Było jakieś mięsiwo – skrzydełka, golony, itp, ale jakoś nie wyglądało to rzeczywiście zachęcająco. Czyżby organizatorzy nie wiedzieli, że podstawowym pożywieniem brodatego piwnego geeka są burgery? Przy następnej edycji proponowałbym zaprosić food trucki, a miejsce gastronomii wewnątrz Rewirów poświęcić na strefy wypoczynkowe. Jak się ma brzuch zapełniony piwem, to po kilku godzinach nogi zaczynają szwankować. To mówię ja – człowiek stary i życiem zmęczony, który potrzebuje czasem dupala usadzić 😉

Tyle mojego smęcenia. Kto nie był, ten trąba i ma czego żałować. Było zajebiście. Nie ma drugiej takiej imprezy w Polsce i już się nie mogę doczekać kolejnej edycji. Tymczasem trzeba leczyć rany, bo już za chwilę kolejny festiwal.

2 Comments

  1. Taktykę Gmoch rozrysowywał.
    Nie masz wrażenia, że wykłady stały na niskim poziomie i najeżone były błędami merytorycznymi? (Vide strefy na języku.)

Dodaj komentarz

Your email address will not be published.

*

© 2017 Piwolog radzi …

Theme by Anders NorenUp ↑